czwartek, 3 maja 2012
na starych wierchach
Po kilku tygodniach nasza ekipa w mocno okrojonym składzie postanowiło zdobyć kolejne pieczątki PTTK tym razem padło na Stare Wierchy. To niedostępne schronisko położone na 998m npm postanowiliśmy zdobyć dwoma arcytrudnymi szlakami; w pierwszej ekipie zdobywczej prym wiódł dyrektor i organizator tej wyczerpującej wyprawy Pan T, znany z bardzo dobrej kondycji i wytrzymałości oraz wybitnej przyswajalności złotych płynów zaplanował start wycieczki z miejscowości Rabka-Zdrój. Po długiej i ekscytujacej podróży busem i po uzupełnieniu płynów oraz prowiantu drużyna w składzie: pan T- dyrektor, oki - mistrz ucieczek, aktualny lider klasyfikacji generalnej TdP, Tour de Polmos, oraz dwie niesamowite panny Asie, prezes i skarbnik elitarnego klubu luksusowych alkoholików z górnej wsi, ruszyła na szlak... W drugiej 2 i 1/2osobowej drużynie: Chorzyk - honorowy członek EKLA, "Wyjątkowo Spokojny Człowiek", oraz 1,5 - Iwony - zony i córy wyjątkowo spokojnego człowieka, którzy karkołomną wspinaczkę rozpoczęli z Rdzawki. Po nadludzkim wysiłku obie grupy cało i zdrowo dotarły do schroniska, gdzie od razu zaczęła się konsumpcja... Po kilku chwilach do naszej ekipy dołączyło dwóch nowych adeptów Afgi i Puli, po wstępnym rekonesansie dostąpili zaszczytu dołączenia do naszego zacnego grona...
Nadszedł wieczór, ognisko płonęło, a wokół ogniska zgromadziły się rozmaite osobistości. Był Jezus, który nie wiedzieć czemu nie odprawił mszy "na tym co się ją odprawia". Zjawiła się też Gdańszczanka Agnieszka, która ku nieszczęściu chłopców modelką nie była. Jeden z jej towarzyszy zapewne zapadnie nam na długo w pamięci dzięki swojej uprzejmej ofercie przesłania nam "kropki" pocztą. Znajomość z nimi okazała się zdecydowanie owocna, podzielili się z nami bowiem swoim tygodniowym zapasem wódki, której zresztą brakło jak zwykle... Do ogniska dołączył również magiczny Szymon, który przybywszy zaczął odmawiać mantrę, a wraz z nim my wszyscy zgromadzeni. Odpłynęliśmy w nirwanie...Puli szczególnie...a jakiś człowieczek wyznaczył sobie miejsce do rzygania. I snułaby się mantra pośród wzgórz do białego rana, ale zaschło nam w gardłach boleśnie.
Po długich dysputach i głosowaniach wyłoniliśmy dwoje śmiałków, których zadaniem było udać się do schroniska w celu zakupienia tej brakującej. Góral-Ślązak drzwi otworzył, spojrzał na śmiałków karcącym wzrokiem i rzekł: "weźcie mnie nie wkurwiajcie". Wrócili śmiałkowie z podkulonymi ogonami.
Niedziela przywitała nas sielanką kocykową. Hale kwitły kolorami krokusów, pierwiosnków, kaczeńców i zawilców, a chłopcy garnęli się by je zrywać dla swych dziewcząt. Pożegnawszy się ze Starymi Wierchami udaliśmy się w drogę powrotną.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
E, jaki to Ślązak? To zwykły burak z Kowańca!
OdpowiedzUsuń